Pierniczki upieczone.
W sumie chyba nawet się cieszę, że zaraz święta,
Maleństwu pewnie spodoba się choinka :)
Odpoczynku mi trochę trzeba, bo jakoś ostatnio słabo ogarniam, myślę że przerwa świąteczna będzie jak znalazł.
Poza tym nic nowego - poza tym że mąż po operacji, wszystko Ok i nawet prawie śladu nie ma. Od stycznia kończy wypoczynek na zwolnieniu lekarskim i śmiga do nowej pracy, oby mu się spodobało... Dziecko nadal cudowne, kochane, grzeczne i przytulaśne. W końcu przybrała trochę na wadze, można przestać się stresować glupimi siatkami centylowymi. Powoli zbliżamy się do opanowania umiejetności chodzenia, ale raczej pod choinką jeszcze biegac nie będzie. Dla nas lepiej :)
Nadal przydałby się jakiś milionik w totka. Moze trzeba grac jakoś systematyczniej.
Przy okazji mężowego zwolnienia lekarskiego okazało się że wszystko co wiem i myslę o ZUSie jest jeszcze zdecydowanie zbyt pozytywne względem rzeczywistości .....
Coś rzadko tu ostatnio marudzę, ale jak już wspominałam zapewne strasznie mi się nie podoba panel administratorski ostatnimi czasy i mnie zniechęca. Dziś mi wpadło w oko coś o zmianach dlatego wlazłam z ciekawości. No a jak wlazłam to juz cos tam nabazgrałam.... Zmian tak jakby nie widzę. Może poszukac muszę. No to na razie!
Moje dziecko przyjęło fakt przebywania w żłobku w sposób tak pozytywny, że aż nie mogę wyjść z podziwu. Po prostu zaprowadzili tam gdzie są dzieci, fajne ciocie i zabawki i tyle. Potem przychodzą, zabierają do domu i też jest fajnie ...
Nawet się nie skrzywiła, nie zapłakała, nie zatęskniła, nic ... aż dziwnie :)
Jestem strasznie zadowolona, bo nie tylko nie sprawia żadnych problemów swoim nowym ciociom, jest maskotką żłobka, wszyscy podziwiają, że taka kochana, wesoła i niepłacząca w ogóle - to jeszcze widzę, że jej samej dobrze ta zmiana zrobiła. Przez tydzień dziecko mi się zmieniło, oczywiście na lepsze :) Zupełnie inaczej się bawi, jest taka bardziej kumata, jakby nagle starsza :) Super!
Ulzyło mi :) Bo to oznacza ze mozna normalnie funkcjonować, chodzic do pracy i być spokojnym o swoje dziecko. Ba, mozliwe nawet, że tak jest lepiej, niz siedzieć z dzieckiem w domu! Tam ma towarzystwo i doswiadczone, cierpliwe i lepiej zapewne się znające się na rzeczy niż mama opiekunki. Ma ogród i plac zabaw, dużo czasu spedza na powietrzu. Zaczęła więcej jeść, problemy z brzuszkiem jakoś nagle znikły. Fajna sprawa taki żłobek :)
A to nasz mały, zadowolony z życia łobuz po pierwszym tygodniu w żłobku:
Ja zestresowana maksymalnie pierwszym dniem dziecka w żłobku, a te dwa potwory sobie już smacznie śpią. Noż nawet stresem nie ma się z kim podzielić! Mogliby przecież trochę ode mnie przejąć.
Torba spakowana, instrukcja obsługi dziecka napisana, teraz już tylko przetrwać.
Mam niejasne wrażenie, że będe jutro dużo pracować, żeby dzień szybko minął, oraz że popełnię rekord czasu powrotu do domu z pracy. No ale cóż, ten dzień musiał kiedyś nadejść i tyle.
Poza tym cierpię na jakiś nieogarnięty zupełnie absolutny i wkurzający brak czasu. Tudzież energii do wykorzystywania tego który mam. To nieprawda ze dziecko uczy organizacji czasu. Mnie nie nauczyło. Może "jeszcze" ? I hope so ...
Muszę się jakoś opanować i uspokoić, żeby się porządnie wyspać, bo rano trzeba poza sobą ogarnąć jeszcze dziecko i chłopa, bo wyruszamy razem, przed 6.30 czyli w środku nocy. Balkon slużący relaksowi z piwkiem i papieroskiem dziś nie działa, bo jakiś alarm wyje od kilku godzin ciągle i jakby nieskutecznie. Mam nadzieję, że alarmy mają jakieś baterie czy coś, bo w sypialni przy otwartym oknie pewnie też go będzie słychać, a ja nie z tych co potrafią zasnąć przy takich efektach dzwiękowych.
No czyli dobrej nocy i spokojnego - na szczęscie krótszego niż standardowe - tygodnia życzę ....
Ogólnie to nie problem, mam wrażenie że nie było mnie tam zaledwie parę dni i nie sądzę żebym miała problem z wdrożeniem się na nowo. Ale to, że nie będę już spędzać całej doby z tym małym słodziakiem to jest problem. Serio nie wiem jak sobie poradzę z tą codzienną kilkugodzinną rozłąką. Całe szczęście na razie jeszcze maluszek będzie w domu, z tatusiem, przez cały lipiec, to i tak lepsze niż gdybym ją miała oddać od razu do żłobka. Wiem że to wszystko zupełnie normalne i każda mama przez to jakoś przechodzi, ale tak na własnym podwórku to naprawdę rośnie do rozmiarów światowej katastrofy ....
Kocham tego Pyziaczka nad życie i mogłabym zmienić status zawodowy na "zajmuję się domem i wychowywaniem dzieci" bez żadnego żalu :) Ma ktoś może jakąś niepotrzebną dużą ilość pieniędzy która by mi pozwoliła na niepracowanie? Chętnie przygarnę.
Pracoholizm uleczony całkowicie. Jakby było można bezkarnie siedzieć w domu z dzidzią dłużej i mieć środki do zycia z tego, to bym sie nie wahała. Jakoś się w ogóle nie nudzę :) Z takim słodziakiem się nie da:
Widać że już by porozrabiała gdyby tylko była bardziej mobilna :)
A ja własnie - chyba za duzo siedze w domu - postanowiłam spełnic jedno swoje dawne marzenie. Przeterminowane juz z 10 lat, ale co tam, a nuż sie uda. A jak sie uda to podam szczegóły :)
3 miesiące. 3 przepiękne, przeszczęśliwe miesiące. Mało i dużo zarazem.
Słodziak jest niesamowity. Dzis pierwszy raz smiała się głosno i pierwszy raz precyzyjnie wychlapywała nogami wodę z wanienki przy kąpieli. I wszystkie troski i zmartwienia rodziców znikają :)
Chociaż warto nadmienić, że od tych trzech miesięcy wszelkie troski, zmartwienia, ale i szczęście i radość, są absolutnie skoncentrowane na tym jednym przesłodkim temacie :)
Nic innego sie nie liczy i to jest najpiękniejsze :)
Całe to szczęście jest momentami aż przytłaczające.
Jak patrzę na to moje małe Słońce, to zastanawiam się, czym sobie zasłuzyłam na takie cudo.
Niesamowite, że nagle dopada człowieka coś, czego nie był w stanie sobie nawet wyobrazic, taka masa emocji nigdy wcześniej nie znanych. Ale jakże cudownych :)
7 stycznia rozpoczął sie nowy rozdział mojego życia. Naszego życia. Teraz jest nas troje i jest super. O dziwo zmiana ta nastała jakoś tak naturalnie i swobodnie, jakby nie była rewolucją, tylko ewolucją naszego domowego stadła. Jest tak, że nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Jest tak, że nie dziwię się że wcześniej za nic w swiecie nie mogłam sobie wyobrazić jak będzie. Bo to po prostu jest tak jak ma być :)
Po perfekcyjnych dziewięciu miesiącach ciąży, w których nic mi nie było, czułam się świetnie, wyglądałam również podobno (wiadomo że ja widziałam w lustrze wieloryba), wszystko przebiegało książkowo i wzorowo - nadszedl czas na odpokutowanie tejże perfekcji i wylądowałam w szpitalu. Dokładnie w dniu terminu moja lekarka stwierdziła u mnie tzw wielowodzie i posłala do szpitala. Niby że tylko na badania jakieś, taaaa ....
Zupełnie się tego nie spodziewając zostałam zatrzymana w szpitalu.
Tak zaczął się niezapomniany epizod mojego życia - półtora tygodnia na patologii ciąży. W tym Sylwester.
Nie powiem, tak z perspektywy, to epizod całkiem wartościowy, ale co przeżyłam to moje. Po pierwsze ile się napatrzyłam i nasłuchałam, po drugie ta izolacja od świata, brak powietrza, szpitalne żarcie i szpitalny klimat - cud że nie zwariowałam.
Po tygodniu poziom depresji sięgnął naprawdę fatalnego poziomu, ryczałam na zawołanie i bez ostrzeżenia.
Po półtora tygodnia sięgnąl dna. Nieprzespana noc, bo młoda w brzuchu strasznie szalała, potem nieciekawe wyniki porannego ktg, potem obchód na którym się poryczałam ... A potem zabrali mnie na porodówkę, ale nieszczegolnie mnie to wzruszało, bo już byłam TAM dwa razy wczesniej, na tzw testach. Testy wychodziły bardzo dobrze, a młoda się do porodu nie zamierzała w ogóle i tyle.
Więc z książką, telefonem i butelką wody poszłam TAM po raz kolejny po prostu. Mężowi nie kazałam przyjeżdzać dopóki się cokolwiek nie zacznie dziać. No ale tym razem nie poczytałam za długo. KTG było marne jakoś, potem podali mi tlen a potem przyszedł jeden pan i powiedział że im się przestaje podobać to co widzą i w związku z tym zabierają mnie na cięcie. No tego się nie spodziewałam w ogóle, mimo iż miałam już tak dość tego czekania, że sama mówiłam że gdyby byla opcja cesarki na życzenie za kasę, to już bym na pewno wzięła. Sobie wykrakałam może.
Oczywiście przeraziłam się tą naglą decyzją, bo to znaczyło że coś się dzieje niedobrego i strasznie bałam się czy z małą wszystko będzie okej. Lekko otumaniona po tym tlenie zdążyłam tylko zadzwonić do męża że mnie zabierają i pół godziny później już bylo po wszystkim.
Mała Oleńka przyszla na świat o 13:45.
Mąż zdążył akurat na ten moment, był więc przy myciu, ważeniu i mierzeniu. Pierwszy widział malutką i pierwszy uronił rodzicielskie łezki wzruszenia. Ja unieruchomiona, oszołomiona i roztrzęsiona, czekalam tylko na informację o stanie zdrowia Oli. Na szczęście wszystko było dobrze. Dostała 10 punktów. Ważyła 3280 i mierzyla 52 cm.
A mnie chyba złamali żebro - Pani doktor mi tak mocno chciała przycisnąć z góry brzucha i rąbnęła tak mocno, że aż sie poderwałam na tym stole operacyjnym. I boli do dziś jak jasna cholera.
Pierwsza doba po cesarce masakra, ale przeżyłam jakoś. Potem nie było za dobrze, bo jakaś infekcja, bo mała zabrana ode mnie na półtora doby na obserwację, bo przedłużony pobyt w szpitalu przez antybiotyk. Ale wszystko kiedyś się kończy i tak w końcu w piątek 14 stycznia wypuszczono nas do domu.
I tak sobie egzystujemy w tym naszym nowym świecie juz dwa tygodnie i jest nam z tym baaardzo dobrze.
I będziemy o tym opowiadać w wolnych chwilach :) Na razie się nawet zdarzają, po (odpukać) dziecko mamy szalenie grzeczne i dobrze śpiące nocami. Oby tak dalej :)
To już 3/4 czasu jaki standardowo zajmuje "stan błogosławiony". W sumie jakos zleciało i źle nie było. Dopiero teraz jakos tak sie nie da zapomniec, ze stan ten nazywany jest tez nie bez powodu "odmiennym". Nie wszystko mogę co bym chciała - na przykład znaleźć coś w nisko usytuowanej szafce bez przyjmowania pozycji całkowicie horyzontalnej, posprzątać chałupę sprawnie i bez przerw na odpoczynek i takie tam różne inne fanaberie.
Jeszcze miesiąc temu mogłam spokojnie do niczego sie nie przyznawać, ale teraz już powoli przyjmuję kształ kuli - choć nadal lekko kwadratowej. Nie wiem czemu mi sie zawsze wydawało, że brzuszki ciążowe są okrągłe - mój nie jest. Raczej przypominał wczesniej stożek, a teraz kwadrat z powolną tendencją do zaokrąglania się - jest więc szansa, że się doczekam ładnego okrągłego brzuszka i zrobię mu wtedy ładne pamiątkowe zdjęcie.
Ogólnie moi drodzy czuję się dobrze, jeszcze pracuję grzecznie, choć bez zapału - pracoholizm mi sie chwilowo podleczył. Ludzie mnie wkurzają strasznie, spadła mi tolerancja, szczególnie na takie mniej lotne sztuki ludzkie i po tym wnoszę że czas na zwolnienie.
Czas wolny staram się spędzać ciekawie i na dowód pokażę tu fotki z dzisiejszej wycieczki do Kaszubskiego Parku Miniatur. Przy okazji można zauważyć na nich (a raczej nie można nie zauważyć) moje powiększone gdzieniegdzie wymiary. Biedny mój mąż jako fotograf, gdyż musi uważać żebym nie zasłaniała całkiem drugiego planu, który często jest jednak dość istotny.
No to na razie żegnam czule i zapraszam do oglądania większej ilości fotek na fejsbooku.
Oto więc najpierw wielka mistrzyni pierwszego planu :)